czwartek, 6 czerwca 2013

Między zarodkiem a człowiekiem



     Kościół katolicki odniósł spektakularny sukces. Oto pogląd, że zapłodniona komórka jajowa to Osoba Ludzka został już powszechnie przyjęty, zaakceptowany gremialnie nawet przez zwolenników legalizacji aborcji. Nawet oni  zgadzają się w zasadzie z twierdzeniem, że aborcja to dokładnie to samo, co zamordowanie przedszkolaka. 
    Przeciwnicy in vitro przedstawiają argument, który jest absolutnie nie do odparcia: proces sztucznego zapłodnienia wiąże się z uśmierceniem dziesięciu, dwudziestu zapłodnionych jaj, z których każde to przecież człowiek. A nie można zabijać kilkunastu ludzi po to, by urodził się jeden człowiek. W rzeczy samej, to nie do odparcia - pod warunkiem, że przyjmiemy, iż zapłodniona komórka jajowa jest w pełnym tego słowa znaczeniu człowiekiem. A jest? Redaktor Tomasz Terlikowski w telewizji odpowiada: „a czymże jest - słoniem? żyrafą? gorylem?”. Dziennikarze prowadzący audycję milczą, porażeni błyskotliwością wywodu. Bez najmniejszego sprzeciwu przyjmują koncept, według którego jeśli coś nie jest słoniem ani żyrafą, to musi być człowiekiem. Jak wiadomo, dla dziennikarzy telewizyjnych najważniejsza jest rozpoznawalność, a nie zdolność do logicznego myślenia.
     Były minister zdrowia, lekarz, Bolesław Piecha mówi przy innej okazji, że jest to sprawa udowodniona naukowo. Chciałbym poznać ten dowód. Przede wszystkim interesuje mnie, jaką naukowcy przyjęli definicję Osoby Ludzkiej, bo w znanych mi opracowaniach z dziedziny biologii nie natknąłem się na taki termin. Rzecz jasna: embrion to coś, z czego człowiek powstaje, coś, co zawiera komplet genów przyszłej jednostki ludzkiej. To ustaliła nauka. Czy z tego wynika, że embrion już jest człowiekiem?
     Aby ściśle rzecz ująć, z zarodka może, ale nie musi powstać człowiek. Co najmniej połowa zarodków ginie bowiem samoistnie we wczesnym okresie ciąży. W opinii więc Kościoła co drugi człowiek schodzi z tego świata jako twór niewidoczny gołym okiem. Do tej pory przyszło na świat około 100 miliardów ludzi. Oznacza to, że wszystkich ludzi zaistniało około 200 miliardów, z czego 100 miliardów umarło jako zarodki (nie bierzemy tu w rachubę innych powodów poronień). Czy można więc powiedzieć, tak jak mówi Kościół, że - przykładowo - Bóg ofiarował człowiekowi możliwość wyboru między dobrem a złem? Bądźmy precyzyjni: niektórym ludziom ofiarował, połowie ludzkości - nie. Czy każdy człowiek ma sumienie? Niektórzy mają, inni - nie. Katechizm Kościoła katolickiego koniecznie powinien być poprawiony, uściślony. Nie powinno być napisane, że „pragnienie Boga jest wpisane w serce człowieka” (pkt 7) ale „pragnienie Boga jest wpisane w serce co drugiego człowieka, bo reszta serca nie posiada”.
     Prawda: embrion zawiera komplet genów człowieka. Tego człowieka, który z embriona - być może - powstanie. Ale przecież większość komórek Twojego ciała, drogi Czytelniku, zawiera komplet Twoich genów - czy to znaczy, że składasz się z bilionów ludzi? W tym miejscu ktoś może sprzeciwi się - z tych komórek nie powstaną ludzie, powie, a z embriona - tak. No a gdyby stworzono technologię umożliwiająca tworzenie zarodków z komórek ludzkiego ciała - czy znaczyłoby to, że komórki te już teraz są ludźmi? Technologia taka może nie byłaby zgodna z naturą (cokolwiek miałoby to znaczyć) ale skrzywiona logika prowadziłaby do identycznych wniosków: to, z czego powstaje człowiek, JUŻ jest człowiekiem. No a gdyby pojawiła się technologia, dzięki której w naturalny sposób (cokolwiek miałoby to znaczyć) z komórki ciała dałoby się wytworzyć ludzki zarodek?
     Embrion to twór pozbawiony wszystkiego tego, co kojarzymy z byciem osobą. Osoba DOZNAJE - coś ją boli, coś smuci, coś cieszy, coś ona odbiera i na coś reaguje pozytywnie bądź negatywnie. Osoba przetwarza jakoś informację z otoczenia, kontaktuje się ze światem zewnętrznym na poziomie wyższym niż tylko pobieranie substancji odżywczych. Czy zatem embrionowi, który przecież nawet nie posiada układu nerwowego, można przyznać status Osoby? Ktokolwiek tak uważa, powinien przekonująco rzecz uzasadnić. Jednak opinia publiczna, dotknięta chorobliwym brakiem krytycyzmu, nie domaga się żadnych uzasadnień. Twierdzenia wzięte po prostu z sufitu stają się dogmatami tylko z tego powodu, że je wielokrotnie i z namaszczeniem powtórzono. Ludzie! Pytajcie wciąż i nieustannie, gromko i natarczywie, nie tylko w sprawie embrionów, ale przy każdym zgłaszanym przez kogoś dziwnym twierdzeniu: A SKĄD TO WIADOMO?

sobota, 12 stycznia 2013

Barabasz i teoria decyzji



Jeden z postulatów teorii decyzji to na pierwszy rzut oka czysty absurd, ale - co ciekawe - po przemyśleniu zaczynamy traktować go jak banał. Otóż trafności decyzji nie należy oceniać po skutkach wywołanych jej podjęciem. Decyzja może mieć fatalne skutki, ale to nie daje najmniejszych podstaw do uznania jej za nierozsądną. I przeciwnie, decyzja skutkująca wielce pomyślnymi wynikami może być z gruntu błędna. Tak!
Przypuśćmy, że pan Władysław potrzebuje napić się piwa. W okolicy znajdują się dwa sklepy, pierwszy 100 metrów od domu Władysława, a drugi kilometr. Władysław podjął decyzję udania się do tego bliższego sklepu, poszedł, ale w połowie drogi trafił go piorun. Czy jego decyzja, zakończona fatalnym rezultatem (piorun potrzaskał mu butelki na wymianę) była błędna? Oczywiście - nie. Wybór krótszej trasy jest rozsądny: pozwala w większości przypadków najskuteczniej osiągnąć cel. Szansa bycia trafionym piorunem - gdyby nawet ktoś w ogóle brał to pod uwagę - także jest mniejsza, jeśli idzie się do sklepu bliższego.
Ilekroć oceniamy słuszność decyzji, powinniśmy rozważać informacje, którymi dysponował decydent, oraz to, jak je wykorzystał. Dobra decyzja to taka, która w świetle posiadanych informacji maksymalizuje szansę skutecznego osiągnięcia zamierzonego celu. Jeśli lekarz dysponuje wyłącznie specyfikami X i Y oraz wie, że w danej sytuacji podanie pacjentowi specyfiku X da mu szansę przeżycia 50% zaś specyfiku Y - 90%, to powinien bezwzględnie (przy innych warunkach stałych) wybrać lekarstwo Y. A co, jeśli pacjent umrze? No cóż, decyzja lekarza tak czy owak była tą jedynie słuszną.
Podróż na pokładzie "Titanica": był to najrozsądniejszy wybór dla pasażera, który w 1912 roku pragnął możliwie najbezpieczniej przebyć Atlantyk. W jednomyślnej opinii ekspertów parowiec ów był niezatapialny i odporny na zagrożenia w stopniu większym, niż inne jednostki. A człowiek rozsądny bierze pod uwagę to, co jednomyślnie twierdzą eksperci.
W ostatnim czasie wielokrotnie natknąłem się w Internecie na mem, w którym podaje się przykład i interpretuje sławną decyzję tłumów Żydów w sprawie Barabasza (wg Mateusza 27: 15-22).




Argumentację zawartą w powyższym przekazie można podważać na kilka sposobów. Mnie zastanowiło pytanie: czy decyzja tłumu  była w istocie błędna? Pozory mówią: tak, przecież w jej efekcie doszło do ukrzyżowania Boga. Błąd! - decyzji nie ocenia się po jej skutkach.
To była dobra decyzja - twierdzę - i to nawet w świetle tego, co mówi o zdarzeniu tendencyjny przekaz ewangeliczny. Zebrane tłumy miały rozstrzygnąć, którego ze skazanych na śmierć: Barabasza, czy Jezusa władze rzymskie mają ułaskawić i puścić wolno. Lud, jak wiadomo, wskazał Barabasza, Jezus poszedł na śmierć. Czym się prości ludzie kierowali w swoim wyborze? Otóż, bardzo roztropnie, zdali się na jednomyślną opinię ogólnie uznanych autorytetów: arcykapłanów i starszych. Święty Mateusz ujmuje to w ten sposób, że arcykapłani i starsi "namówili" tłumy. Nie zmienia to faktu, że podstawą decyzji podjętej przez zgromadzenie była opinia ekspertów. Przeciętny mieszkaniec Jerozolimy, gdzie wszystko to się działo, miał z pewnością bardzo mętne pojęcie o osobie Jezusa. Wiedział, że różnie się o tym człowieku mówi. Jedni mówią to, inni tamto. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że chodzi tu o samego Boga. Tego przecież nawet apostołowie nie byli w pełni świadomi. W takiej sytuacji poleganie na rozumie mądrzejszych od siebie to dobry pomysł.
Ci, którzy znają realia polityczne Judei owych czasów, wiedzą, że mieszkańcy Jerozolimy mieli dobre powody, by nawet bez zdawania się na arcykapłanów żywić głębokie podejrzenia, że Jezus jest jeszcze jednym fałszywym mesjaszem, który może narazić ich naród na kolejną krwawą łaźnię - wojenne starcie z rzymskim okupantem. Gdyby rzecz rozpatrywać z tego punktu widzenia, doszlibyśmy do podobnych jak wyżej wniosków.


środa, 9 stycznia 2013

Entropia w moim życiu



    Z entropią zetknąłem się, a raczej boleśnie zderzyłem, gdy zachorowałem na dłużej. Lekarz powiedział mi, co jest w mojej chorobie szkodliwe, a co pomaga. Od razu zauważyłem, że rzeczy szkodliwe to dziwnym trafem akurat te rzeczy, które bardzo są mi miłe, zaś te rzeczy, które pomagają, niekoniecznie. Nie przejąłem się tym, bo zaraz po tej konstatacji wpadłem na pewien pomysł, bardzo roztropny, jak mi się w niewinności mojej zdawało. Oto używał będę do woli tego szkodliwego, a zaraz potem zrównoważę to tym, co pomaga, i w ten sposób wyjdę na zero. Jak wodę zagotujesz, to potem ją ostudzisz, jak ołówek stępisz, to go potem zaostrzysz. Proste? I w tym właśnie momencie entropia pokazała swoje szpony po raz pierwszy. Z wielkim, bolesnym zaskoczeniem przekonałem się na własnej skórze, że to co szkodzi, szkodzi co najmniej dziesięć razy bardziej niż pomaga to, co pomaga. A łatwo tak sobie zaszkodzić, że nic ci nie pomoże.
    Zbity nieco z tropu tym skandalicznym brakiem konsekwencji w przyrodzie, nie traciłem jednak ducha, zdając się na logikę. Pomyślałem sobie tak: OK, wiadomo, że kiedy użyje się rzeczy zdrowych za dużo, to stają się one szkodliwe. W takim razie logiczne jest, że kiedy użyję za dużo rzeczy szkodliwych, powinno mi to wyjść na zdrowie. I co? Otóż zdziwicie się, wykrzykniecie: niemożliwe! Ale jednak: to nie działa! Choćbyś nie wiem ile zażył (lub zażyła) rzeczy szkodliwych, nie pomożesz tym sobie wcale a wcale.
   Dopiero dochodząc do siebie po tym niefortunnym eksperymencie, w którym tak wiele poświęciłem w imię nauki, zdałem sobie sprawę, że wszystkiemu winna jest - entropia. Świat zmierza nieuchronnie ku stanowi nieuporządkowania, dezintegracji i dekompozycji, a to z tego prostego powodu, że stan taki jest bardziej prawdopodobny od stanu porządku, ładu i zorganizowania. Jeśli zamkniecie zegarek w pudełku i zaczniecie pudełkiem potrząsać, to po jakimś czasie zegarek rozpadnie się na drobne kawałki. Jeśli natomiast włożycie do pudełka części zegarka, to choćbyście nie wiem jak długo potrząsali, zegarek się wam nie złoży. Zdrowie jest mniej prawdopodobne od choroby, bo zdrowie to harmonia, a choroba - wręcz przeciwnie. Stan trupi jest stanem bardziej naturalnym niż życie. Wszystko jest ukierunkowane właśnie na upadek, rozpad, ostateczne sczeźnięcie, chaos. To więc, co sprzyja rozpadowi, będzie zawsze bardziej skuteczne od tego, co wspomaga stan ładu. Nie dziwota, że nie ma symetrii między tym, co szkodzi, a tym, co pomaga. 
Niech to diabli.




piątek, 13 kwietnia 2012

Czy wolno zabijać? cz. I

   Niemało sporów toczy się wokół zabijania ludzi: kara śmierci, eutanazja, aborcja, to tylko niektóre z tematów budzących kontrowersje. Postawmy więc pytanie: czy wolno zabijać? Okazuje się, że wolno, ale nie zawsze.
   Niektórzy romantyczni dogmatycy utrzymują, że nigdy, w żadnym wypadku nie wolno nikogo umyślnie pozbawić życia. Nawet w samoobronie, nawet w obronie życia bliskich - nie wolno zabić. Pogląd taki jest moim zdaniem nie do przyjęcia. Po pierwsze, zrównuje on prawo do życia ofiary z prawem do życia mordercy. Mówi: „to całkowicie obojętne, czy z rąk morderczego psychopaty zginie twoje dziecko, czy też ów morderczy psychopata z rąk dzielnego policjanta ‑ śmierć jest śmiercią…”. Na takie dictum można odpowiedzieć: skoro jest obojętne, kto straci życie ‑ a zakładamy, że w opisywanej sytuacji ktoś musi stracić życie ‑  to dlaczego tym kimś nie miałby być raczej złoczyńca niż dziecko?
    Po drugie, doktryna absolutnego zakazu zabijania sprzeciwia się podstawowej intuicji moralnej, mówiącej, że śmierć dwóch lub więcej osób jest czymś gorszym od śmierci jednej osoby. A przed takimi właśnie wyborami stawia nas przedziwne życie: zabijając jednego, chronimy często życie wielu.
    Po trzecie, gdyby przyjąć zasadę moralną bezwarunkowo zakazującą zabijania, to nie powstrzymałaby ona przestępców, którzy są niemoralni z natury rzeczy: taki już ich etos. Ci mogliby swobodnie chodzić po ulicach mordując kogo popadnie, również moralnych policjantów starających się delikatnie, przyjacielską perswazją skłonić ich do złożenia broni i udania się do więzienia.
   Autorytet Biblii, która ma być wyrocznią w sprawach moralnych, nie dostarcza spójnego rozwiązania. Przykazanie „nie zabijaj” jest zbyt lakoniczne, i wymaga daleko idącej interpretacji, na co wskazuje dobitnie fakt, iż w kilka stron po jego ustanowieniu Bóg nakazuje zabijać morderców, homoseksualistów, kazirodców, cudzołożników i wielu innych. Katechizm Kościoła katolickiego głosi, że regułą bez wyjątków jest zakaz zabijania niewinnych. Nie zgadza się to ani ze świadectwem samej Biblii, ani z podstawowymi intuicjami moralnymi, ani z praktyką samego Kościoła. W Biblii znajdujemy wiele przykładów, gdy Bóg sam zabija niewinnych (np. Egipcjanom zabija ich synów pierworodnych), rozkazuje swoim wyznawcom zabijać niewinnych (np. mieszkańców Jerycha - łącznie z dziećmi). W innym miejscu Bóg ustanawia prawo nakazujące zabijać ludzi tylko za to, że ktoś propagował w ich mieście inną (czyli fałszywą) religię (mieszkańców tego miasta wybijesz ostrzem miecza, a samo miasto razem ze zwierzętami obłożysz klątwą Pwt 13:16). Trudno poczytać komuś za winę, że mieszka w mieście, do którego zawitał jakiś wędrowny kaznodzieja innej religii.
    Zakaz zabijania niewinnych sprzeciwia się też oczywistym intuicjom. Przedziwne życie niestety czasami daje wybór: albo zabijesz jednego niewinnego, albo umrze stu niewinnych. Mamy tu znany przykład przeciążonej łodzi z rozbitkami, do której podpływa jeszcze jeden szukający ratunku nieszczęśnik. Jeśli pozostanie w lodowatej wodzie jeszcze minutę ‑ zginie. Jeśli jednak pozwolimy mu choćby uchwycić burtę łodzi, wszyscy pójdą na dno. Intuicja moralna mówi nam: lepiej biedaka zastrzelić lub - odpychając ‑ skazać na okropną śmierć z zimna, niż z założonymi rękami czekać na śmierć jego ‑ i jeszcze stu ludzi. Według Katechizmu nie mamy prawa tego zrobić - nie wolno bowiem zabić niewinnego.
       Wbrew temu, co można by sądzić, zabijanie wrogich żołnierzy na wojnie to głównie zabijanie niewinnych. Tragizm wojny na tym właśnie polega, że zupełnie niewinni rolnicy, szewcy, aptekarze i krawcy mordują innych, też zupełnie niewinnych rolników, szewców, aptekarzy i krawców. I jedni i drudzy czynią to zresztą z pełnym błogosławieństwem swoich kościołów.  
    Czy żołnierz polski miał moralne prawo zabić atakującego, uzbrojonego żołnierza hitlerowskiego? Twierdzę, że tak. Mógł zabić, ale - podkreślam ‑ nie z powodu jakiejś winy ciążącej na tym ostatnim. Wina nie jest tu istotna: a jeśli żołnierz ów nienawidził Hitlera, a rozkazy wykonywał tylko ze strachu przed sądem wojennym? A jeśli był po prostu ogłupiony propagandą Goebbelsa, i myślał, że czyni coś dobrego? A jeśli ten żołnierz był naszym bratem Czechem zaciągniętym siłą do Wehrmachtu? Tego żołnierz polski przecież nie wiedział, biorąc przeciwnika na muszkę. Jednak za każdym razem okrutna odpowiedź brzmi: tak, wolno zabić tego niewinnego człowieka. Sam zresztą pomysł, by na wojnie przed oddaniem strzału przeprowadzać postępowanie sądowe, brzmi absurdalnie. Napastników wolno było zabijać, ale ‑ jeszcze raz to podkreślam ‑ nie z powodu ich win. Powodem było zagrożenie, które oni stwarzali chcąc czy nie chcąc ‑ sytuacja jest tu całkiem podobna do przypadku owego nieszczęśnika czepiającego się łodzi wypełnionej rozbitkami. (c.d.n.)

czwartek, 29 grudnia 2011

Myślenie spiskowe (cz.II)

       Czy teorie spiskowe są niedorzeczne, niemądre, fałszywe? Czy wiara w spiski jest oznaką naiwności, niskiej inteligencji, głupoty? Niekoniecznie. Spiski istnieją naprawdę, spotykamy je wszędzie, zarówno w naszym życiu towarzyskim, jak i na szerszej arenie ludzkich spraw i konfliktów. Powiedzieć, że życie społeczne jest utkane ze spisków to może zbyt mocne, ale bliskie prawdy słowa. Uspokajam: nie znaczy to, że jesteśmy w mocy niewidzialnego Zła. Po prostu ludzie często wybierają wspólne ale skryte działanie jako optymalną, obiecującą strategię, której zresztą niecne zamiary wcale nie muszą towarzyszyć - i zwykle nie towarzyszą: oto, przykładowo, w tajemnicy składamy się i wspólnie kupujemy koledze prezent urodzinowy. Strategię zespołowego, niejawnego działania stosują gangsterzy, policjanci, demokratyczne i niedemokratyczne rządy, terroryści, finansiści, duchowni, handlarze - wszyscy.
      Problem tkwi nie tyle w spiskach, co w manipulacji polegającej na wpojeniu publiczności, że za określonymi zdarzeniami stoi spisek złych ludzi. Manipulacja taka jest nadzwyczaj chętnie stosowana, zapewnia bowiem manipulatorom wiele korzyści: daje wygodne wyjaśnienie ich porażek i klęsk, odwraca uwagę publiczności od prawdziwych przyczyn niekorzystnych zjawisk, dostarcza „kozła ofiarnego” i kieruje społeczną agresję w pożądanym kierunku, daje też manipulatorowi do ręki potężny oręż: „Kto nas krytykuje, jest po stronie spisku”. Teoria spiskowa kreuje niepokój i lęk przed nieznanymi, złowrogimi potęgami ‑ zręczny polityk potrafi taki lęk obrócić ku własnej korzyści, występując w roli jedynego obrońcy dobra przed siłami ciemności.  
       Opisaną wyżej manipulację tym łatwiej stosować, że ludzie nadzwyczaj chętnie przyjmują konspiracyjne objaśnienia rzeczywistości. Za dowód wystarcza im cień pozoru, byle tylko domniemani spiskowcy byli ludźmi złej sławy, tworzyli znienawidzoną grupę, byle tylko można im było przypisać negatywne cechy (np. pazerni finansiści, agentura komunistyczna).
    Skoro jednak, jako się rzekło, spiski są wszechobecne, to znaczy, że niektóre teorie spiskowe są prawdziwe. Powstaje więc pytanie, jak odróżnić spisek realny od tylko wymyślonego? Długo by o tym mówić, dlatego zakończę dwoma jedynie przestrogami. Po pierwsze, nie należy z wszechobecności spisków wnioskować, że można nimi dużo wyjaśnić. Spiski mają z reguły bardzo skromny zamierzony zasięg działania, jeśli zaś chodzi o konspiracje o dalekosiężnych "ambicjach", to historia pokazuje, że marnie one na ogół kończą. Po drugie, zawsze powinno wzbudzić nasze podejrzenia, gdy proponent teorii przedstawia na nią mało dowodów, a ma z niej dużo korzyści.

środa, 21 grudnia 2011

Czy był uzasadniony?

    Od dwudziestu kilku lat zadawane jest corocznie Polakom w okolicach 13. grudnia to samo pytanie: „czy stan wojenny był uzasadniony?”. Największa część Polaków odpowiada „tak”. Chciałbym rzec kilka słów o nieporozumieniach, które wspomniane pytanie łatwo może wywołać.
   W roku 1981 Polska znajdowała się od 36 lat w mocy międzynarodowego ruchu „komunistycznego”, któremu przewodził Związek Radziecki. Rządy w Polsce sprawowały osoby rekrutujące się z grona „komunistów”, zatwierdzone na swoich stanowiskach przez "komunistów" z ZSRR, działające w ścisłym z nimi porozumieniu, czy raczej pod ich ścisłą kontrolą. Tak było od końca II Wojny Światowej, gdy ZSRR zainstalował w Polsce partię „komunistyczną”, swojego odtąd wiernego sojusznika. Nawiasem mówiąc, generał Jaruzelski był co najmniej do roku 1981 wielkim entuzjastą tego stanu rzeczy.
   Wszyscy wiemy, że polscy „komuniści” utrzymywali się przy władzy wyłącznie dzięki stosowaniu przemocy, połączonej z takimi działaniami pomocniczymi jak cenzura prewencyjna, likwidacja wolności sumienia, wolności zrzeszania się, propaganda, fikcyjne „wybory”, itd. Polacy wielokrotnie buntowali się, w różnej zresztą formie, przeciw rządom „komunistów” i ich sprzymierzeńców z ZSRR. W takich przypadkach „komuniści” podejmowali właściwe, adekwatne do zagrożenia, nadzwyczajne działania. Nieraz wystarczyło wyrzucić z pracy konspiratorów, innym razem należało rozpędzić tłum, wtrącić buntowników do więzienia. Czasem konieczne były ostrzejsze środki: wyprowadzenie wojska na ulice, strzelanie do demonstrantów, a nawet wprowadzenie stanu wojennego. Wszystkie te działania były w oczywisty sposób uzasadnione w tym sensie, że gdyby ich „komuniści” nie prowadzili, to rychło straciliby władzę w Polsce. Czy stan wojenny był więc uzasadniony? TAK, ktoś może powiedzieć. Na tej samej zasadzie, trzeba dodać, uzasadnione było stłumienie Powstania Styczniowego przez Rosję, czy Powstania Warszawskiego przez hitlerowców.
    Czytelnik może zaprotestuje w tym miejscu i zauważy, że Polakom odpowiadającym „tak” na tytułowe pytanie nie o to przecież chodzi. Stan wojenny był uzasadniony tym sensie, że było to rozwiązanie może i bolesne, ale najlepsze dla samych Polaków. Dzięki stanowi wojennemu uniknęliśmy wojny domowej i prawie pewnej interwencji ZSRR.
   Skoro przyjmujemy taką wykładnię, to wypada zauważyć, że nie tylko stan wojenny, ale wszystkie inne stosowane przez „komunistów” środki mające na celu utrzymanie reżimu były uzasadnione. Weźmy na przykład wolność słowa: była ona nie do pomyślenia w „komunizmie”. Bez wściekłej, totalitarnej cenzury momentalnie doszłoby w PRL do gigantycznych rozruchów. Gdyby buntu nie udało się stłumić rodzimym „komunistom”, w sukurs przyszłaby interwencja Związku Radzieckiego. Dzięki cenzurze uniknęliśmy tego zła, ergo: cenzura była uzasadniona. A co z wolnością zrzeszania się? No niechby tylko powstała jakaś partia opozycyjna do PZPR, i zaczęła głosić, powiedzmy, hasła gospodarki wolnorynkowej - myślę, że Związek Radziecki nie czekałby ani jednego dnia z interwencją. A więc zniesienie wolności zrzeszeń było uzasadnione? Tak, uzasadnione. Uzasadnione były wszystkie milicyjne środki kontroli, ogłupiająca propaganda, fałszowanie historii, obrzydliwa indoktrynacja, farsa wyborcza, niszczenie ludzi. Wszystko. PRL był cały w pełni uzasadniony. Do takich konkluzji prowadzi ten styl myślenia, który to styl niniejszym piętnuję.
    Zgadzam się całkowicie z tym, że w roku 1981 międzynarodowe konsorcjum „komunistów” nie wyniosłoby się z Polski dobrowolnie. Było zdecydowane utrzymać się przy władzy z użyciem wszelkich środków i metod. Jeśli nie starczyłoby sił „komunistom” polskim, pomocy pewnie udzieliłby im Związek Radziecki, nieważne, czy za ich przyzwoleniem, czy nie. Źródłem popełnianego powszechnie błędu jest rozdzielanie tego, co połączone. Generał Jaruzelski i ZSRR to nie dwaj osobni gracze - to jedna strona barykady. Drugą stroną było polskie społeczeństwo. Z tego powodu, że konsorcjum zła użyło środków raczej łagodniejszych (stan wojenny) niż ostrzejszych (interwencja ZSRR) nie wynika, że jego działania były uzasadnione. To pięknie, że generał Jaruzelski obiecał swoim radzieckim przyjaciołom, że sam się upora z problemem "Solidarności" (również dla Moskwy było to bardzo korzystne rozwiązanie!). To pięknie, że stan wojenny był przeprowadzony humanitarnie, przy minimalizacji liczby ofiar. Nie znaczy to jednak wcale, że był uzasadniony. Gdyby Rosja stłumiła Powstanie Styczniowe starając się ograniczyć liczbę ofiar - czy powiedzielibyśmy, że jej działania były uzasadnione? A gdyby hitlerowcy starali się używać mniej bestialskich metod w Powstaniu Warszawskim, czy powiedzielibyśmy, że stłumienie Powstania było uzasadnione?
            Na pytanie o uzasadnienie stanu wojennego odpowiedzieć należy, że głęboko nieuzasadnione było samo panowanie nad Polską międzynarodowej szajki „komunistów”. Wszystko, co ta szajka robiła w celu utrzymania się przy władzy, nawet gdy próbowała minimalizować wyrządzane przez siebie zło, było nieuzasadnione.

niedziela, 4 grudnia 2011

Myślenie spiskowe (cz. I)

   Polityk PiS, Jacek Kurski, zdemaskował spisek uknuty przez Sikorskiego, Merkel i Tuska, którzy jakoby umówili się co do treści swoich oficjalnych wypowiedzi na temat przyszłości UE. Czy Kurski rzeczywiście przeniknął tajne plany Sikorskiego i innych? Czy ma rację? Może, nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Jedno jest jednak symptomatyczne dla formacji polityczno-religijnej, z której Kurski się wywodzi. Zamiłowanie do myślenia spiskowego, czyli postrzegania rzeczywistości jako wyniku tajemnych knowań złych ludzi. Oto kilka przykładów.
   Polską rządzi „układ” - ogłosił kilka lat temu Jarosław Kaczyński. Układ złożony z biznesmenów, agentów służb specjalnych, nawet gangsterów, chroniony jest przez wpływowych polityków (zgadnijcie których?). Cała III RP jest kontrolowana przez Układ. Po czym poznać, że moloch ów naprawdę istnieje? Otóż Układ jest tak potężny, że nie zostawia żadnych dowodów - i to go właśnie zdradza, bo faktycznie ‑ nie ma żadnych dowodów na istnienie Układu.
  Układ i jemu pokrewne spiski uniemożliwiły Kaczyńskiemu zdobycie władzy w kolejnych wyborach. Według słów Prezesa, wypowiedzianych po którejś z rzędu przegranej, przeszkodziła mu potężna koalicja jednocząca główne moce tego świata (od Urbana do Michnika) w jednym, antypisowskim froncie.
  Partia Kaczyńskiego wespół z medialnym koncernem ojca Rydzyka przeżywają stan permanentnego oblężenia przez zjednoczone, działające ręka w rękę złowrogie siły. Dawnej te siły były nazywane jednoznacznie na antenie „Radia Maryja”, teraz radio to lęka się najwyraźniej oskarżeń o antysemityzm, używając określeń bardziej aluzyjnych bądź niejasnych. Zresztą mówienie o niezidentyfikowanych, wszechmocnych wrogich „siłach” czy „czynnikach” nasila efekt Nieznanego (better the devil you know). Oto dwie próbki publicystyki „Naszego Dziennika” (nazwisk autorów nie wymieniam):

- Panie Profesorze, o co chodzi w najnowszym ataku na Radio Maryja? W czyim interesie jest przeprowadzana ta nagonka?
- Wedle mojej rachuby, to już trzeci wielki atak na Radio Maryja […] najostrzejszy i rzeczywiście zastanawiający. Trzeba w nim odróżnić dwie warstwy. Pierwszą jest zachowanie samego Wałęsy, a drugą skoncentrowany atak mediów, który ono rozpętało. Przypomina się celne określenie księdza biskupa Adama Lepy na temat naszych mediów, że to orkiestra. Z pozoru wielość głosów, ale jak się wsłuchać, to się słyszy, że jest jedna partytura i jedna batuta.

[…] w 2007 r. zostały zaangażowane wszystkie siły, polskie i obce, z zastosowaniem kamuflażu wobec katolików i patriotów i z użyciem złudnych technik, a nawet wielkich kłamstw wyborczych, i w rezultacie PO wygrała wybory. Obecnie jednak, kiedy Platforma urosła w siłę i zaczęła się wyzwalać spod owych nielegalnych czynników, postanowiono ją upokorzyć, a jeśliby odmówiła posłuszeństwa, to nawet rozbić. I teraz dzieje się to na naszych oczach. Rozumiemy, dlaczego polskojęzyczne media zaczynają już po trosze atakować PO i samego Donalda Tuska.

  Zmowa mrocznych potęg, działających zakulisowo, używających mediów, dziennikarzy, polityków w charakterze zaledwie marionetek - to ważny sposób objaśniania rzeczywistości przez media ojca Rydzyka.  Wszystko jest inne niż ci się wydaje. Dziennikarze tylko dla zmylenia publiczności mówią po polsku, naprawdę media nie są wcale polskie (a jakie? domyślam się, że bułgarskie!). Spisek ma wymiar ogólnoświatowy, podlegają mu wszystkie dziedziny życia. Przykładowo: skąd wśród kobiet moda na noszenie strojów typowo męskich, jak spodnie czy marynarki? Oto wyjaśnienie podane na antenie "Radia Maryja" przez osobę z tytułem profesora (nazwisko pomijam). Oni chcą po prostu ograniczyć przyrost naturalny wśród białych ludzi. Zaplanowali to bardzo chytrze: ogłupione kobiety mają ubierać się po męsku, czyli mało seksownie, budzić więc będą w mężczyznach mniejsze pożądanie, co z kolei poskutkuje mniejszą liczbą spłodzonych dzieci. Plan iście szatański! Należałoby oczekiwać, że „Radio Maryja” przeciwstawi się złu i zacznie lansować wśród pań modę bardziej frywolną - ale ojciec Rydzyk nie jest w tym punkcie konsekwentny. (CDN)