Błąd pożałowania godny, szkodliwy, a jednak nagminnie popełniany. Co ciekawe, ilekroć próbuję w dyskusji oponentom nieśmiało zarzucić, że go popełniają, ci nieodmiennie wytykają mi, że najwyraźniej z braku rzeczywistych argumentów złośliwie czepiam się słów.
Chodzi mi o błąd pomylenia przyczyny z winą.
Spowodować coś złego nie znaczy wcale być temu czemuś winnym. Jeśli Jan spowodował śmierć Piotra, to nie znaczy jeszcze, że Jan jest winny śmierci Piotra. Przykładowo, kiedy Jan poczęstuje Piotra zakupioną w sklepie, nieprzeterminowaną konserwą mięsną nie wiedząc, że zawiera ona jad kiełbasiany, to spowoduje śmierć Piotra, ale winny śmierci Piotra wcale nie będzie. Również w przypadku, gdy Jan poprosi kolegę swego Piotra o pójście do kiosku po papierosy, a Piotr w drodze wpadnie pod samochód - nie będzie to wina Jana, pomimo że jest prawdą, iż GDYBY nie nie jego prośba, Piotr nie zginąłby. Sytuację wszelako ocenimy inaczej, gdy Jan wyśle po papierosy pięcioletnie dziecko, a ono wpadnie pod samochód. Wtedy Jan najoczywiściej ponosi winę, bo powinien był przewidzieć możliwość wypadku. Jest winien, bo złamał oczywistą zasadę "nie narażaj bez ważnego powodu dziecka na niebezpieczeństwo".
A oto kilka przykładów "z życia".
Pierwszy zaczerpnąłem z bogatego rejestru Jarosława Kaczyńskiego potyczek z logiką. Otóż przed katastrofą smoleńską Bronisław Komorowski, wówczas marszałek Sejmu, przesunął głosowanie nad pewną ustawą, w wyniku czego trzech posłów PiS zamiast udać się do Smoleńska pociągiem poleciało feralnym samolotem prezydenckim - z wiadomym tragicznym skutkiem. W opinii J.Kaczyńskiego jest Komorowski winien śmierci tych trzech posłów, bo gdyby nie przesuwał głosowania, posłowie by żyli. Komentując to zauważmy, że Komorowski przesuwając głosowanie sprawił, że posłowie podjęli podróż najbezpieczniejszym środkiem komunikacji, jakim jest przecież komunikacja lotnicza. Na czym miałaby polegać jego wina - że nie jest Duchem Świętym i nie przewidział wypadku? Samo niemal nasuwa się pytanie - jak to jest możliwe, że J. Kaczyński będąc doktorem praw nie zetknął się nigdy z elementarnymi rozróżnieniami dotyczącymi pojęcia winy?
Drugi przykład dotyczy kobiet, na których z tego powodu, że zachowywały się prowokująco wobec mężczyzn, popełniono gwałt. To one są winne, a nie gwałciciele - tak głosi pogląd, który mi się zdecydowanie nie podoba. W tym wypadku analizę utrudnia pewna wieloznaczność słowa "wina". Często mówimy bowiem, że ktoś jest "sam sobie winien" wtedy, gdy ów bez potrzeby ryzykuje, naraża się na niebezpieczeństwo. Przykładowo, kto zostawia luksusowy rower niezabezpieczony i bez nadzoru w środku słynącej z przestępczości dzielnicy, ten właśnie, kiedy padnie ofiarą kradzieży - "sam jest sobie winien", w tym oczywistym sensie, że nierozważnie naraził się na kradzież. Jednak tylko ktoś całkiem niemądry powie, że złodziej roweru jest niewinny, bo został sprowokowany! Właściciel roweru oczywiście zachowuje się głupio, bezrozumnie, ale to złodziej narusza normy moralne, a nie on. Całkiem podobnie rzeczy się mają z kobietą, która spowodowała gwałt swoim lekkomyślnym zachowaniem. Winny gwałtu jest tylko i wyłącznie gwałciciel - ofiara zaś wykazuje ewentualnie brak rozsądku - albo też niezdolność dobrania sobie towarzystwa.
Trzeci przykład pochodzi z mojej wczorajszej dyskusji dotyczącej niedawnego wprowadzenia praw szariatu w Libii. "Szariat" - samo to słowo wywołuje odruch obrzydzenia u człowieka cywilizowanego (odruch ten zresztą nie do końca jest uzasadniony, ale to inna sprawa). Mój interlokutor twierdził, że winne temu jest NATO, ponieważ Pakt udzielił wsparcia powstańcom i przyczynił się do upadku Kadafiego, czyli: jest on winny temu, że muzułmanie przejęli władzę i wprowadzili szariat. Tutaj nie rozstrzygam, czy NATO jest faktycznie winne. Może tak, może nie. Jedno tylko chciałbym podkreślić. Otóż kto twierdzi, że NATO jest winne wprowadzenia szariatu w Libii, ten powinien wykazać, że w chwili podjęcia decyzji o walce z reżimem Kadafiego szefowie NATO byli w stanie przewidzieć, że sprawy w Libii obrócą się właśnie w ten sposób.
Ilekroć orzekamy o czyjejś winie, nie kończmy na stwierdzeniu, że ktoś dany stan wywołał. Zastanawiajmy się również nad tym, jaką regułę moralną ten ktoś przekroczył, czy rzeczywiście miał możliwość przewidzieć skutki swoich poczynań i czy miał obowiązek dokonać takich przewidywań.
Ilekroć orzekamy o czyjejś winie, nie kończmy na stwierdzeniu, że ktoś dany stan wywołał. Zastanawiajmy się również nad tym, jaką regułę moralną ten ktoś przekroczył, czy rzeczywiście miał możliwość przewidzieć skutki swoich poczynań i czy miał obowiązek dokonać takich przewidywań.
