środa, 28 stycznia 2015

O kierowaniu się przykazaniami

"Kieruję się w życiu dziesięcioma przykazaniami", "moja moralność oparta jest na Dekalogu", "w dziesięciu przykazaniach zawarta jest cała nasza moralność". Wielu ludzi jest przekonanych, że ich decyzje i oceny moralne są zwyczajnie wyprowadzone, wywnioskowane z owych dziesięciu norm, nakazujących powstrzymywanie się od zabijania, kradzieży, kłamstwa itd. Rzekomo jest tak, że gdy nie wiemy, jak postąpić, jak rozstrzygnąć między dobrem i złem,  sięgamy po prostu do tego skarbca po właściwe rozwiązanie. Kiedy wahamy się na przykład, czy kogoś zabić albo okraść, otrzymujemy niezawodne pouczenie "nie zabijaj", "nie kradnij".  


Większy kłopot może sprawić dylemat: szantażować, czy nie? - bo nie ma przecież przykazania "nie szantażuj". Jeśli się jednak chwilę zastanowić, to zauważymy, że szantaż to pewnego rodzaju kradzież - szantażowanemu szantażysta zabiera coś: pieniądze albo  inne dobra, jak na przykład swobodę decydowania o swoim zachowaniu. Przed szantażowaniem powstrzymuje nas więc szacunek wobec siódmego przykazania. A oto kolejny problem. Czy wolno mi kogoś zamknąć na kilka dni czy miesięcy do komórki, pozbawiając go wolności? Tu chyba będzie "nie zabijaj", bo pozbawić kogoś wolności to jakby pozbawić go części życia. A może też "nie kradnij", bo kradniemy czyjś czas? Łatwo dostrzeżemy, rozpatrując różne zagadnienia moralne, że przypisanie przykazania do rozpatrywanego czynu nie jest na ogół łatwe i jednoznaczne. Zadanie to wymaga czasem sporej dozy myślowej ekwilibrystyki. Na przykład które z przykazań sprzeciwia się przeklinaniu, gwałceniu, szpiegowaniu przeciw swojemu krajowi, jedzeniu ludzkiego mięsa? Otóż niełatwo to ustalić. Oto mój znajomy twierdzi, że kanibalizm łamie przykazanie "nie zabijaj", a ja na to nie mogę się żadną miarą zgodzić. Fakt: jedzenie zwłok ludzkich jakoś nasuwa myśli o śmierci, ale ta ohydna czynność ma dokładnie tyle samo wspólnego z zabijaniem, co z kradzieżą albo brakiem szacunku do rodziców albo wkładaniem palców do kontaktu - nie ma żadnego związku. Pytam się więc tego znajomego: "dlaczego uważasz, że chodzi o właśnie piąte przykazanie?" - "To jest oczywiste" - pada odpowiedź. Czyżby?
A co z gwałtem? Gwałt nasuwa może jakoś myśl o "nie cudzołóż" ale przecież, na miłość boską, zło gwałcenia nie polega na tym, że się obcuje z cudzą żoną! Może więc: "nie zabijaj"? Nie wiem.
A szpiegowanie przeciw swojemu krajowi? Cóż, szpiegować to oszukiwać, wprowadzać w błąd ludzi, którzy nam zaufali, zatem będzie tutaj chodziło o dawanie fałszywego świadectwa. Rozstrzygnięte. No a teraz spytajmy: co ze szpiegowaniem, ale nie przeciw własnemu krajowi, a na jego rzecz? Hm, najwyraźniej jest to grzech przeciw temu samemu przykazaniu! Czy się szpieguje na rzecz swojego kraju, czy przeciw niemu, okłamuje się bliźnich, wprowadza ich w błąd, ergo: obrażone jest dziewiąte przykazanie. Czyżby? Naprawdę? Przecież szpiegować przeciw innemu krajowi nie jest złem moralnym. Nie da się nawet pomyśleć, by jakieś państwo nie miało swoich szpiegów!
Otóż najwyższy czas na następującą refleksję. Gdyby szpiegowanie dla potrzeb swojego kraju było naganne, to niewątpliwie znaleźlibyśmy natychmiast odpowiednie przykazanie! Nawet już je znamy! Ale uważamy, że naganne nie jest, więc się po prostu nie czepiamy. 
Czy przypadek szpiegowania jest jakimś cudacznym wyjątkiem, jakimś logicznym paradoksem, złośliwie obmyśloną pułapką? Nie! To samo dotyczy innych przypadków. Cokolwiek uznamy za złe, jesteśmy w stanie dopasować do tego jakieś przykazanie. Uczynimy to kosztem mniej lub bardziej karkołomnego  piruetu myślowego, poprzez jakieś naciągane skojarzenie, grę słów czy podejrzaną przenośnię - ale zawsze nam się to uda! Gdybyśmy uznali, że teatr jest czymś niemoralnym, to tylko moment trwałoby wskazanie, że teatr to - dawanie fałszywego świadectwa. 
To nie jest prawda, że przykazania wskazują nam, co jest dobre, a co złe. Kolejność jest zupełnie inna, odwrotna: najpierw musimy ustalić, że coś jest złe, potem dopiero podczepiamy to pod odpowiednie przykazanie. To nie przykazania poinformowały nas, że coś jest złe. My musieliśmy już wcześniej to wiedzieć! Wiemy, że szantaż czy kanibalizm jest zły, więc na siłę znajdujemy dla niego przykazanie - ale jednak najpierw musieliśmy to wiedzieć.

Kolejny problem z przykazaniami jest taki, że niosą one fałszywą sugestię, iż pewne czyny są kategorycznie i nieodwołalnie potępione. Dekalog sprawia wrażenie - mylne wrażenie - silnej podstawy moralnej, dającej pewne i niezawodne podparcie naszym sądom. Jednak: czy faktycznie nigdy nie wolno zabijać, kłamać, kraść? Otóż nieraz wolno, nieraz nie. Wolno zabić w samoobronie albo w obronie innych ludzi. Polski snajper zabija taliba w Afganistanie nie grzesząc przy tym wcale. Kłamstwo nieraz jest zakazane, ale nieraz dopuszczalne, a nieraz nie skłamać to zbrodnia ("Wiesz, gdzie ukrywają się Żydzi?" - pytają Cię SS-mani w roku 1943. Czy powinieneś powiedzieć prawdę, że wiesz?). Kradzież również bywa usprawiedliwiona, a nieraz jest nawet chwalebna. Przykazania przykazaniami, a my i tak dysponujemy instancją, która je kontroluje, zawiesza i unieważnia w razie potrzeby. Tą instancją jest nasze sumienie. Ono nam mówi, co jest dobre i złe, a nie przykazania. Naszym prawdziwym dylematem nie jest to, czy wolno zabijać. Wszyscy przecież wiemy, że trzeba tego unikać. Wiedzieli to ludzie całe tysiąclecia przed napisaniem Biblii. Nawet zwierzęta unikają zabijania członków swojego stada. Prawdziwy dylemat zawiera się w pytaniu: czy możemy w takim to a takim przypadku zabić, czy nie? Czy powinienem teraz skłamać, czy nie? Z przykazań nic a nic się na ten temat nie dowiecie. Tu potrzebne i niezastąpione jest sumienie. I wystarczy sumienie: ta kompetencja, której nabywamy w procesie socjalizacji, umożliwiająca nam odróżnianie pomiędzy tym, co jest społecznie akceptowane a tym, co  nieakceptowane. W ciągu naszego życia otrzymaliśmy długotrwały trening. Zaprawialiśmy się w ocenianiu na tysiącach różnorodnych przypadków, nasze oceny konfrontowaliśmy z ocenami innych ludzi. Wynikiem treningu jest umiejętność prowadzenia niezmiernie złożonych i subtelnych rozumowań dających w wyniku ocenę. Oceny tej sami nie potrafimy zanalizować, jest ona w dużej mierze intuicyjna - ale polegamy właśnie na niej, a nie na przykazaniach.

sobota, 3 stycznia 2015

Zbrodnie ateistów


   
            Ateiści dokonali największych zbrodni w XX wieku. Ksiądz profesor Dariusz Oko wspomina o tym zawsze, gdy jest na wizji, a rozmowa schodzi na ateizm, ateistów i moralność. Czasem też mówi o tym, pomimo że poruszany jest inny temat. Jest to, jak się wydaje, jego przekaz mający zakorzenić się w świadomości słuchaczy, wywrzeć na nich wpływ. Zapytajmy najpierw, czy rzeczywiście jest faktem, że ogrom zbrodni ateistów przewyższa konkurencję ze strony tej wierzącej części rodzaju ludzkiego?
            W historii ludzkości najwięcej istnień na sumieniu ma najprawdopodobniej chiński przywódca komunistyczny Mao Zedong (1893 - 1976), który pozostawił po sobie trudną do ustalenia liczbę trupów, w granicach 30 mln - 50 mln. Ateista już od młodych lat życia, będąc u władzy aktywnie zwalczał religię, burzył świątynie, prześladował wierzących. Niewiele gorsze wyniki miał Józef Stalin (1878-1953) ideowy, zoologiczny ateista. Przypisuje mu się pozbawienie życia 20 mln mieszkańców ZSRR, ma też swój wielki udział w rozpętaniu II wojny światowej, która pochłonęła 50 mln ofiar (oczywiście tylko małą ich część należy zapisać na koncie Stalina). O ile Stalin był stuprocentowym ateistą, to kolejny na liście, Adolf Hitler (1889-1945) choć nastawiony mocno antyreligijnie, czasami wplatał słowa o Opatrzności i Bogu w swoje wystąpienia, i niektórzy badacze zaprzeczają temu, by był on ateistą. Nadamy więc mu status „być może ateista”. Jego wyniki to Holokaust z 4-6 mln ofiar i rozpętanie II wojny światowej, z dokonywanymi przez hitlerowskie państwo masakrami skutkującymi milionami ofiar. Zdeklarowanym ateistą był też Włodzimierz Lenin (1870 - 1924) odpowiedzialny za nieludzki terror rewolucyjny w latach 1917 - 1920 i zamorzenie głodem wielkich rzeszy ludzi. Na jego konto należałoby zapisać miliony, może nawet kilkanaście milionów ofiar.
Gdyby ciągnąć dalej listę działających w XX wieku ludzi, którzy zasłużyli sobie na złowrogi tytuł "milionera", to okazałoby się, że królują na niej ateiści-komuniści, jak np. kambordżański dyktator Pol-Pot, Kim Ir Sen z Korei Północnej, Ho Chi Min z Wietnamu - po kilka milionów na koncie. 
            Chociaż ateiści zdecydowanie przodują w tych statystykach, ludzie religijni też mieliby na naszej liście hańby skromną, ale wyraźną i nie dającą się zignorować reprezentację swoich dokonań w XX wieku. Mamy więc japońskie (shintoizm - religia państwowa) zbrodnie wojenne z lat 1937-1945 w liczbie 5-10 milionów ofiar, tureckie (islam - religia państwowa przed 1923) czystki etniczne, które w latach 1900-1923 pochłonęły 3,5 - 4,3 mln ofiar (najbardziej znana jest rzeź Ormian z lat 1915-17). Pół miliona ofiar zanotowało popierane przez Kościół katolicki państwo chorwackie z lat 1941-1945, chrześcijaństwu jednak, jak się zdaje, możemy przypisać w XX wieku mniej ofiar, niż innym religiom. Liczne przypadki ludobójstwa w wykonaniu ludzi religijnych miały miejsce w czasie wojen domowych np. w Nigerii (1967-1970) 3 miliony, Rwandzie (1994) 1 milion, Bangladeszu (1971) - może nawet miliony.
            W naszych wyliczeniach pomijaliśmy jednak pewien istotny szczegół. Otóż najwięksi ludobójcy z reguły nie mordowali własnoręcznie, oni jedynie wydawali rozkazy, które wykonywali inni ludzie. Czy poglądy religijne owych posłusznych wykonawców powinniśmy brać w rachubę? Skoro przytłaczająca większość żołnierzy Hitlera było chrześcijanami (znakiem jest np. "Gott mit Uns" na klamrze pasa), to czy nie powinniśmy ateistom nieco ofiar odliczyć i przenieść do rubryki "zbrodnie wierzących"? To samo dotyczy oprawców pracujących dla innych reżimów. Niestety, wobec braku dokładnych danych dotyczących religijnych przekonań grupy np. stalinowskich zbirów, trudno tu o wiarygodne wyliczenia. Jedno wszakże jest całkiem pewne: gdyby wybrać powiedzmy pięciu największych (według liczby ich ofiar) przywódców-masowych morderców XX wieku, to wszyscy oni byliby ateistami (z Hitlerem - ateistą możebnym). Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę fakt, że ateistą jest zaledwie co dziesiąty człowiek na Ziemi, to wnioski zdają się same nasuwać. W tym miejscu warto zadać pytanie: jakie właściwie to są wnioski? I drugie pytanie: czy te wnioski, które się same nasuwają, są uprawnionymi wnioskami?
            Ksiądz profesor Dariusz Oko mówiąc o zbrodniach ateistów poprzestaje na wskazaniu olbrzymiej liczby ofiar tych ostatnich, jednak wniosków żadnych nie wyprowadza, pozostawiając to zadanie swoim słuchaczom. Jeśli jednak chcemy podjąć dyskusję, musimy odgadnąć i wyartykułować te wnioski. Proponujemy więc wersję mocniejszą, brzmiącą tak: "Ateizm prowadzi do ciężkich zbrodni, a przynajmniej zwiększa ich prawdopodobieństwo” obok wersji słabszej, łagodniejszej: „U ateistów należy częściej oczekiwać zachowań niemoralnych (zbrodniczych?), niż wśród ludzi wierzących".
Niżej wykażemy, że takie wnioski nie mają żadnej podstawy, a przynajmniej nie wynikają z faktu istnienia tak wielu masowych morderców pośród ateistów. 
            Pierwszy zarzut jest następujący: żeby porównać moralne walory grupy ateistów i grupy wierzących, należy porównać procent złoczyńców w jednej i drugiej grupie, a nie liczbę ofiar tych złoczyńców. Trudno bowiem przyjąć, że ktoś, kto zabił 1000 ludzi jest moralnie lepszy od kogoś, kto zabił ich milion. Z istotnym argumentem mielibyśmy do czynienia, gdyby się okazało, że wśród ateistów jest 10% morderców, a wśród wierzących tylko 5%. Co z tego, że w XX wieku ofiar ateistów było więcej niż ofiar ludzi wierzących - może mimo to ateiści byli wtedy rzadziej mordercami od wierzących? W XX wieku pojawiło się na świecie jakieś 1,5 miliarda ateistów, z którego ludobójcze zapędy miało - przyjmijmy z ogromnym nadmiarem - 100 tysięcy, czyli mniej niż 0,01% wszystkich ateistów. Jeśli nawet zabili oni dużo więcej ludzi niż ludobójcy religijni, to jakie to ma przełożenie na ocenę całej grupy ateistów? Trzeba przecież zbadać, jak sprawowało się pozostałych 99,99%. A może ci pozostali nie mordowali wcale, albo bardzo mało? A może ateiści-zbrodniarze są tak samo źli, jak zbrodniarze religijni, tylko skuteczniejsi od nich w mordowaniu?
            Nie mamy, niestety, możliwości porównania morderczych skłonności obu interesujących nas grup. Mamy jedynie poszlaki, na przykład porównanie liczby morderstw w krajach ateistycznych i podobnych im krajów religijnych. Dwa niezwykle podobne kraje, niedawno będące jednym krajem, to Czechy i Słowacja. Czechy to jeden z najbardziej ateistycznych krajów na świecie. Religijną afiliację zgłasza zaledwie 30% obywateli a około 50%-60% określa się jako niewierzący. W Słowacji wierzących jest dużo więcej: ok. 70%-80%. W którym kraju popełnia się więcej morderstw w przeliczeniu na sto tysięcy obywateli? W Słowacji.
            Najbardziej ateistycznym krajem w Europie (i być może w świecie) jest Szwecja. Podobnie w statystykach religijności wypada też Dania. W tych krajach niewierzący stanowią 70%-90% ogółu obywateli. Porównajmy je z najbardziej religijnymi krajami w Europie, którymi są Irlandia, Hiszpania, Portugalia, Polska, Rumunia, Włochy. Otóż wszystkie te kraje mają współczynnik morderstw wyższy niż Szwecja i Dania z wyjątkiem Hiszpanii, która ma taki sam wynik, jak Dania (ale wyższy od Szwecji).
            Podobnie układają się zależności w innych częściach świata. Weźmy dla przykładu mocno zateizowany Wietnam i najbliższe mu, bardzo religijne kraje: Laos, Kambodżę, Tajlandię (sąsiednie Chiny nie są religijne). Popełnia się w nich prawie dwa razy więcej morderstw, niż w Wietnamie.
            Badania prowadzone pod szyldem psychologii religii nad moralnością osób religijnych i ateistów prowadzą do generalnego wniosku: różnic właściwie nie ma. Obie grupy kierują się mniej więcej tym samym zestawem norm moralnych, obie przejawiają mniej więcej te same skłonności do występku.
            Wróćmy teraz do już wzmiankowanej wątpliwości dotyczącej trafności konstrukcji naszej listy najgorszych zbrodniarzy. Kierowaliśmy się tu tylko liczbą ich ofiar, traktując ją jako miernik natężenia zbrodniczej siły. Chwila zastanowienia prowadzi do konkluzji, że nie jest to wcale dobre kryterium tego, jak bardzo ktoś jest zły. Weźmy na przykład takiego człowieka jakim był Miroslav Filipović, zwany również "Diabłem z Jasenovac". Chorwacki zbrodniarz wojenny z lat 1941-45, franciszkanin (!), bezlitosny sadysta zabijający dla przyjemności. Lubił zabijać nożem, siekierą, dusić za pomocą drutu. Z upodobaniem ucinał dzieciom głowy. O tych wyczynach trudno nawet pisać, budzą głębokie obrzydzenie i przerażenie. A liczba ofiar? Skromna - zaledwie tysiąc, może dwa. Czymże to jest przy kilkudziesięciomilionowym dorobku takiego Mao Zedonga, naszego number one? A jednak, zastanówmy się, czy powiedzielibyśmy, że Filipović stał moralnie wyżej od Mao Zedonga? Był od niego lepszy, bo zabił mniej ludzi? Przecież - oczywiście - należy zwracać uwagę na natężenie złej woli, a nie - liczbę ofiar. Mao Zedong w ogóle nie zabijał dla przyjemności, co więcej, na ogół wcale nie chciał zabijać. Znaczną większość swoich ofiar pozbawił życia nieumyślnie, wbrew swojej woli. Zabił ich swoją ignorancją i głupotą, przez szalone eksperymenty ekonomiczne, skutkujące gigantycznym głodem. Czy Mao byłby zdolny do takich sadystycznych wyczynów, jak katolicki duchowny Filipović? Nie dziwiłoby, gdyby było to dla niego za trudne... Zastanówmy się teraz: czy przypadkiem Filipović i, powiedzmy, inni zakonnicy-sadyści, jego koledzy, np. ojciec Zvonimir Brekalo, nie zasługują na to, by trafić na poczesne miejsca naszej listy potworów obok takiego Stalina albo Hitlera? Czy zło, które reprezentowali, było mniejsze, mniej godne potępienia?
            Na koniec zauważmy rzecz bardzo istotną. Tych pięciu megamorderców-ateistów z naszej listy to nie jest piątka niezależnie działających ludzi, którzy wpadli ni z tego, ni z owego w morderczy szał i zaczęli unicestwiać miliony ludzi. Oni działali - z wyjątkiem Hitlera (niepewnego ateisty) - wspólnie, w porozumieniu. Byli członkami międzynarodowego konsorcjum zła, sowieckiej odmiany komunizmu. Stalin mógł objąć władzę dzięki Leninowi, azjatyccy komuniści korzystali z decydującego wsparcia Stalina i innych sowieckich przywódców. Żeby być w ogóle przyjętym do tego grona i mieć możliwość awansu, trzeba było być ateistą - tego chciała ideologia. Gdyby wymagała wegetarianizmu, mielibyśmy teraz może megamorderców-wegetarian.
            Podsumowując, Mam nadzieję, że argumenty, które przytoczyłem, spowodują, że Czytelnik słysząc kolejne enuncjacje Księdza Profesora o gigantycznych zbrodniach ateistów zada sobie w duchu pytanie: „a czego to właściwie dowodzi?”.

czwartek, 3 lipca 2014

Iluzje prawa naturalnego. Część II

Arystoteles to jeden największych mędrców wszystkich czasów. Był on zdania, że niewolnictwo jest zgodne z prawem naturalnym. My raczej nie podzielamy tego mniemania, ale i nie sądzimy też, by Arystoteles był człowiekiem o zdeformowanym sumieniu. Po prostu - jak każdy człowiek był dzieckiem swojej epoki. Wychowano go w społeczeństwie, w którym posiadanie niewolników było czymś tak oczywistym i niekwestionowalnym, jak dla nas posiadanie psa czy kota. Czyż nie wydaje nam się doskonale zgodne z prawem natury, by człowiek posiadał psa? 
A o oto inny przykład. Kościół całe wieki głosił, że mocą prawa naturalnego kobieta nie jest równa mężczyźnie a więc np. żona winna jest posłuszeństwo mężowi. Tu również z łatwością odgadniemy, co było powodem powstania tego poglądu, z którego Kościół wycofał się dopiero w połowie XX wieku. Duchowni byli po prostu wychowani w społeczeństwie patriarchalnym, przyznającym mężczyznom szczególne względy. Powszechnie akceptowane wówczas poglądy na temat różnic płci wydały się poczciwym biskupom tak oczywiste same przez się i naturalne, że podnieśli je chętnie do rangi przedwiecznych "praw natury". 
Kiedy dzisiaj czytamy kościelną listę praw naturalnych, nakładających rzekomo na nas obowiązek np. zawierania małżeństw, posiadania dzieci, pracy itp. powinniśmy koniecznie zadać twórcom tej listy proste pytanie: skąd wiadomo, że są to autentyczne prawa natury, a nie wykaz tego, co biskupom obecnie wydaje się oczywiste? 
Prawa naturalne mają ciekawą właściwość: istnieją od nich wyjątki. Z ważnych powodów wolno prawa te ignorować, pomijać. Niby prawo natury głosi, że mężczyzna powinien się ożenić i mieć dzieci, ale nie dotyczy to duchownych. Duchowni to wyjątek. Oczywiście istnieją ważne powody, dla których duchowni mają zakaz żeniaczki. Pytanie tylko: czy nie może być jakichś innych ważnych powodów usprawiedliwiających jakiś inny wyjątek lub wyjątki? Czy tylko stan kapłański jest wyjątkiem? Jeśli tak, to skąd to wiadomo, jak to ustalono? Nadzwyczaj ciekawą rzeczą jest, że szermierze praw naturalnych skądś zawsze wiedzą, jak te wyjątki odgadnąć. Na przykład w "Deklaracji ideowej" Kongresu Nowej Prawicy natykamy się na takie oto słowa:
[...] władze, a w szczególności władza ustawodawcza, winny powstrzymywać się przed ingerencją w obszar wolności człowieka wyznaczony przez prawa naturalne, chyba, że jest to niezbędne dla ochrony życia, wolności lub własności innych osób.
a więc - rozumiem - nowoprawicowcy odgadli wyjątki od praw natury. Kiedy wchodzą one w konflikt np. z czyjąś własnością, tracą swoją nadprzyrodzoną moc.  A skąd wiadomo, można spytać, że nie ma jakichś innych okoliczności uchylających działanie praw naturalnych? Jak to nowoprawicowcy ustalili? Przecież stosując ich metodę można pod szyldem szacunku dla prawa naturalnego umieścić wszystko, co się komu podoba. Dlaczego nie napisać tak: 
[...] władze, a w szczególności władza ustawodawcza, winny powstrzymywać się przed ingerencją w obszar wolności człowieka wyznaczony przez prawa naturalne, chyba, że jest to niezbędne dla ochrony życia, miejsc pracy lub bezpieczeństwa socjalnego innych osób.

Jest to zastanawiające, że ludzie operujący prawami naturalnymi jednocześnie uznają się za włodarzy, dysponentów tych praw. To oni określają, gdzie prawa naturalne się zaczynają i gdzie kończą.  Oni wytyczają wyjątki, według tylko sobie znanych zasad. Oto nie wolno zabijać, ale - okazuje się - nieraz wolno zabić. Kiedy jesteś żołnierzem walczącym o to, by jakieś miasto należało do Polski, a nie np. do Czech - wolno ci zabijać. Wtedy istnieją wystarczająco ważne powody, by zabić młodego, pragnącego żyć człowieka, którego jedyną winą jest to, że uważa, że miasto powinno należeć do Czech. A może znajdą się również jakieś ważne powody, by usunąć ciążę dziewczynki zgwałconej przez ojca? Powody, by zabić nawet nie człowieka, ale nic nie czujący, bezosobowy płód? Nie, tu nie ma żadnego zasługującego na uwagę powodu - mówi włodarz prawa naturalnego. Skąd on to wie, jak do tego doszedł, jak wyważył racje? 
Czytelnik zapewne już teraz widzi, do czego zmierzam. Prawo naturalne prawem naturalnym - a człowiek i tak robi to, co uważa za słuszne, według swojego własnego rozeznania, wyczucia moralnego, wreszcie - według własnego interesu. Jeśli to się zgadza z Boskim Prawem zapisanym w sercu każdego człowieka - to świetnie. Jeśli się nie zgadza, jeśli nam nie pasuje, jeśli razi nasze sumienie i poczucie słuszności, to zawsze można nawet Najświętsze Prawo Natury tysiącem mądrych słów unieważnić czy osłabić, nagiąć, wymyślić wyjątek usprawiedliwiony Ważnymi Powodami, co więcej, zawsze można o tym po prostu nie mówić. Na przykład służba wojskowa pozostaje w oczywistej sprzeczności z "nie zabijaj", ale o tym sza. W starciu prawa naturalnego z ludzkim rozsądkiem zawsze wygrywa ten ostatni.
CDN

sobota, 28 czerwca 2014

Iluzje prawa naturalnego. Część I

"Prawo naturalne", "prawa natury" to określenia przewijające się nieustannie w dyskusjach światopoglądowych, politycznych i społecznych. Używają ich w pierwszym rzędzie duchowni oraz wtórujący im prawicowi politycy i publicyści. Prawo naturalne, powiadają oni, jest nadrzędne w stosunku do praw układanych przez człowieka. Prawa ludzkie muszą być dopasowane do prawa naturalnego. Kiedy władza państwowa warunku tego nie spełni, produkuje prawo z istoty swojej złe, niesprawiedliwe, a więc nikogo nie obowiązujące. Przykładowo, prawa natury zakazują zabijania, zatem prawo ludzkie legalizujące zabijanie nienarodzonych dzieci pozbawione jest mocy obowiązującej: nie grzeszy ten, kto takiego prawa nie przestrzega.
   Twórcą prawa naturalnego jest Bóg, jego treść wypisał On w sercu każdego człowieka, który odczytuje je ze swojego sumienia korzystając z rozumu. Porządek naturalny, stanowiący podstawę i źródło prawa naturalnego, jest boski, absolutny, niezmienny, wieczny i powszechny. 
   Czy faktycznie istnieje takie prawo, prawo naturalne, niewidoczne, niezapisane drukiem, ale jednak wszystkich zawsze i wszędzie obowiązujące?  Na pozór wszystkie nasze przekonania dotyczące postępowania ludzi, moralności, sprawiedliwości, ludzkich praw i obowiązków zależą od odpowiedzi na to pytanie. Przecież prawo naturalne, o ile istnieje, to światło prawdy w mroku, to wieczny, niezawodny i absolutnie pewny drogowskaz, którego powinniśmy się kurczowo trzymać nie chcąc pobłądzić z kretesem. 
    Niestety, jeśli się trochę głębiej zastanowić, to okaże się, że z faktu istnienia prawa naturalnego  nie wynika nic. Nic a nic. Nie da się na jego podstawie wyciągnąć żadnego wniosku, żadnych wskazówek dotyczących tego, jak żyć, co robić, co jest słuszne i godziwe a co haniebne i podłe. Zanim omówię przyczyny tego stanu rzeczy, przedstawię kilka wstępnych myśli.
   Najpierw o owym - jakże rozsądnie brzmiącym - postulacie, by prawo stanowione przez człowieka było zgodne z prawem naturalnym. Dobrze, tylko jak to wprowadzić w życie? Wydawać się może, że nic prostszego. Oto prawo naturalne zakazuje kradzieży, więc należy zakazać kradzieży. Prawo naturalne zakazuje zabijania a eutanazja to zabijanie, wniosek: nie wolno dopuścić do legalizacji eutanazji. Gdybyż to było takie proste! Niestety, wcale nie jest proste. Kiedy spróbujemy szerzej stosować powyższy schemat, rychło popadniemy w czysty absurd. Prawo naturalne zakazuje kłamstwa: zakazać kłamstwa. Czy tak? Prawo naturalne zakazuje cudzołóstwa, czyli jasne, że cudzołóstwo nie może być legalne, a za zdradę małżeńską należy karać. Tak? Prawo naturalne zakazuje niewiary i czczenia cudzych bogów: jak więc można dopuścić do bezkarności ateistów i innowierców? Jeśli zwykła, nędzna kradzież kieszonkowa jest zagrożona więzieniem, to bluźnierstwo  czy apostazja powinny być karane chyba śmiercią. Biskupi jakoś milczą w tej sprawie, tak jakby nie zależało im na podporządkowaniu prawa ludzkiego prawu bożemu. 
   Prawodawca, nawet ten szczerze pragnący podporządkowania prawa państwowego prawu naturalnemu, jest w nie lada kłopocie: które przepisy Wiecznego Prawa powinny odcisnąć się na prawie stanowionym, a które można sobie odpuścić? Jak się jeszcze okaże w II części, nie jest to wcale największy kłopot prawodawcy. Na razie jednak dwa słowa o innym problemie, też niebłahym. Chodzi o wysokość kar. Jaką właściwie karę przewiduje prawo naturalne za eutanazję? Publiczną naganę? Grzywnę? Więzienie - ile lat? Karę śmierci? A za aborcję? Mogą być w sprawie kar wielkie różnice zdań nawet wśród osób pragnących uchodzić za ekspertów. Dawniej Kościół uważał, że seks analny (również między kobietą i mężczyzną) zasługuje na karę śmierci, obecnie zaś - o dziwo - nie domaga się nawet delegalizacji "grzechu sodomskiego". Może ktoś powiedzieć, że dawniejsi duchowni błędnie odczytywali reguły prawa naturalnego, teraz już skorygowali błędy, są mądrzejsi. Ja wtedy zapytam: a po czym to poznać, że obecnie już się nie mylą? A może seks analny zasługuje jednak na te pięć-dziesięć lat więzienia? Przecież nawet obecnie panują różne poglądy na ten temat. Kiedy jakiś czas temu Uganda wprowadziła karę dożywotniego więzienia za homoseksualizm, poseł PiS Stanisław Pięta z satysfakcją odnotował: 

   Niby dzicy ludzie, a wiedzą, że nie należy obrażać praw natury.    Byle tylko skazanych nie trzymali w celach wieloosobowych ;) 

błyskotliwy humor polityka nie powinien odwrócić naszej uwagi od tego, że najwyraźniej nie sądzi on wcale, by kara dożywotniego więzienia za grzech sodomski była nadmiernie surowa.
CDN
 
 

czwartek, 5 czerwca 2014

Sumienie zniewolone

Zastanawiam się nad tym, czy eutanazja powinna być legalna. Czy powinno być tak, że nieuleczalnie chory, cierpiący człowiek ma prawo zażądać, by go po prostu uśmiercono, oszczędzono mu mąk. Nie mam raczej wątpliwości, że chciałbym sam zarezerwować dla siebie takie prawo, niepokoi mnie jednak, czy powszechny dostęp do eutanazji nie wywoła groźnych zjawisk patologicznych na skalę ogólnospołeczną. Może najpierw zabijani będą wyłącznie chętni, potem również nieświadomi, potem zabijać się będzie chorych, ale bez ich wiedzy... Czy w ogóle mamy moralne prawo zabić człowieka, nawet mając jego zgodę? Jak powinna wyglądać procedura eutanazji, kto powinien mieć prawo podejmowania decyzji, jak sprawować kontrolę? Może jednak lepiej nie wywoływać wilka z lasu, nie wprowadzać niebezpiecznej zmiany. Różne tu mogą być poglądy, różne opinie, różne argumenty. Potrzebna jest dyskusja, wsłuchanie się w głosy ekspertów, autorytetów moralnych, zapoznanie się z danymi - słowem - potrzebny jest rozumny namysł. A może dojdę do wniosku, że jednak nie powinienem pożądać tego groźnego prawa?
Są jednak ludzie, którym namysł i dialog nie są potrzebne. Oni po prostu wiedzą, oni są pewni, oni mówią krótko i stanowczo: "nie wolno!" - dlaczego nie wolno? - bo tak im powiedziały zaświatowe istoty, mające pełne i doskonałe rozeznanie w kwestiach moralnych. Istoty te mówią jakoby, że nigdy nie wolno zabić człowieka, ergo: nie wolno legalizować eutanazji (saltus in concludendo, jeśli się zastanowić).

Pierwszy problem z tym stanowiskiem jest taki, że ja nie wierzę, by te istoty w ogóle istniały, co więcej, nie wierzy w nie większość ludzi na świecie (bo np. wierzy w inne). Zresztą chodzi tu o wiarę właśnie - tylko wiarę. Sami wierzący pytani o dowody istnienia bogów mówią, że religia nie jest rzeczą dowodów i pewności, ale wiary. Gdybym był pewien - mówi wierzący - nie byłoby mowy o wierze. Skoro więc ktoś tylko wierzy, że istnieje Bóg, to jak może być pewny, że Bóg mówi to czy tamto?

Kolejny problem jest taki, że Bóg wcale nie mówi, że nigdy nie wolno zabijać, a przynajmniej jest to bardzo wątpliwe: głosu Boga nikt nie słyszy bezpośrednio. Katolicy słuchają zamiast niego raczej głosu Kościoła, wierzą więc nie tylko w to, że Bóg istnieje, ale i w to, że Kościół wiernie referuje jego wolę. A co mówi Kościół o zabijaniu? Zbadałem sprawę. Stanowisko Kościoła najkrócej oddać można słowami: "Nigdy nie wolno zabijać - ale nieraz wolno zabijać". Przykładowo: wolno zabijać w samoobronie oraz broniąc bliskich osób. Ktoś powie: "Ależ to oczywiste, że wolno! Czego się tu przewrotnie chcesz uczepić, czemu szukasz dziury w całym?".
Ja na to: "Jest napisane: >Nie zabijaj<, a nie: >Nie zabijaj, chyba że w samoobronie<".
W odpowiedzi słyszę sarkanie: "Przecież zwykły zdrowy rozsądek mówi, że wolno ci bronić swojego własnego życia".
I o to mi właśnie chodzi.  O przyznanie, że nie Słowo Boże, ale Słowo Boże przesiane przez ludzki rozsądek się liczy. Że to człowiek jest ostateczną instancją rozstrzygającą o tym co dobre i złe.

Kościół przesiewa Słowo Boże przez filtr swojego rozsądku, swoich pojęć, swoich interesów. Pozwala zabijać nie tylko w obronie życia, ale i np. w walce o władzę, czy też w obronie ziemi. Typowa wojna to właśnie wojna o władzę albo/i ziemię. Czy miejsce X będzie pod administracją państwa A, czy państwa B? Rozstrzygnięcie sporu pociąga za sobą trupy. Kiedy w latach 1919-1920 toczyliśmy zmagania z braćmi Czechami o Śląsk Cieszyński, nawzajem pozabijaliśmy sobie po kilkuset żołnierzy. Czy Kościół krzyczał wtedy "Nie zabijaj!"? Nie, wtedy on - zagrzewał do boju.
Dlaczego Kościół nie woła wielkim głosem, że służba wojskowa jest czymś niemoralnym? Prawdopodobnie chodzi tu o sprawy wizerunkowe. Woli uniknąć opinii organizacji zupełnie odklejonej, pozbawionej  poczucia realizmu, głoszącej jakieś wzniosłe brednie. Dba Kościół przecież nie tylko o prawdę, ale i o swój interes.   

Skoro wolno zabijać młodych, zdrowych, pełnych życia, niewinnych ludzi w obronie wartości administracyjno-prawnych, to dlaczego nie wolno zabić człowieka, który już nie jest człowiekiem, ale jedną męką i boleścią - zabić w obronie godności umierania? Odpowiedź "Bóg tego zakazuje" jest po prostu bałamutna i została wyżej zdyskredytowana, mam nadzieję. Nie wiemy, czego Bóg zakazuje, a czego nie. Znamy tylko aktualne stanowisko Kościoła w sprawie eutanazji. Skąd się to stanowisko wzięło? Nie mam pojęcia. Jedno jest pewne: nie chciałbym, żeby kiedykolwiek lekarze odmówili mi jakiegokolwiek zabiegu w imię tego, że jakieś istoty z zaświatów im tego zabroniły. Wolałbym, żeby kierowali się zwykłym, ludzkim, wrażliwym, myślącym sumieniem.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Cuda i liczby

   Zastanówmy się nad fenomenem cudów, zwłaszcza w kontekście szeroko obecnie komentowanego cudu, którego bohaterką jest Floribeth Mora Diaz. Cuda uchodzą za zdarzenia niemożliwe z punktu widzenia normalnego funkcjonowania praw natury. Pan Bóg, wedle popularnej wykładni, postanawia, że najpierw wpędzi kogoś w nieuleczalną chorobę, a następnie swój wyrok wycofa. Motywem tego dziwnego działania ma być zdaje się wzmożenie wiary w ludziach, którzy już wierzą (cuda są wyłącznie na użytek wierzących), albo też przyspieszenie czyjejś kanonizacji.
    Celem niniejszego wywodu jest wykazanie, że cuda, uchodzące za coś niemożliwego lub bardzo mało prawdopodobnego, są w istocie czymś bardzo prawdopodobnym - wręcz nawet koniecznym. Odwołajmy się do liczb. Rozpatrzmy dla przykładu śmiertelną, budzącą grozę chorobę - raka. Połowa chorych umiera, o wielu zaś z góry można powiedzieć, że nie da się ich wyleczyć.
     Statystyki mówią wszakże, iż niezwykle rzadko, ale jednak bywa tak, że chory w stanie terminalnym, gdy ma już "pół ćwierci do śmierci" - nagle zdrowieje. Zdarza się to, jak powiedziałem, bardzo, bardzo rzadko: w jednym na 2500 takich określanych jako beznadziejne stanów. Zapytajmy teraz, ilu katolików na świecie doświadczyło tego rodzaju uzdrowienia w ciągu ostatnich 10 lat? Najpierw odnotujmy, że wszystkich katolików na świecie jest ponad 1 miliard. Ilu z nich zachorowało na raka w ciągu ostatnich 10 lat? Zaznaczam, że wszystkie zaokrąglenia i przybliżenia, na których się opieram, są czynione zawsze na niekorzyść mojej tezy. Na raka choruje co czwarty człowiek. Założywszy, że przeciętnie ludzie żyją 50 lat, stosując przybliżenie okropnie grube (ale zdecydowanie na moją niekorzyść) przyjmijmy, że w ciągu dziesięciu lat na raka choruje co 50 człowiek (ilu ludzi z Twojego otoczenia, Czytelniku, zapadło na raka w ciągu ostatniej dekady?).
Czyli w ciągu ostatnich 10 lat na raka zapadło 20 milionów katolików. W USA, w kraju o najwyżej rozwiniętej medycynie, umiera co czwarty chory na raka (zaokrąglenie w dół!). Załóżmy, że z tych 20 milionów katolików umarł taki właśnie odsetek, mianowicie 5 milionów. Mamy w ten sposób oszacowanie liczby katolików, którzy znaleźli się w stanie terminalnym: 5 milionów, dzięki czemu możemy oszacować liczbę katolików, którzy w niewytłumaczalny sposób wyzdrowieli ze stanu terminalnego: 5 milionów podzielić na 2500 równa się 2 tysiące.
A więc 2 tysiące katolików doświadczyło czegoś takiego: choroba, fatalna diagnoza, pogarszanie się stanu zdrowia, a kiedy już śmierć puka do drzwi - niespodziewana poprawa, stopniowy powrót do sił, zdrowie. Kto z nich pił tłuszcz z nietoperza albo naftę albo wywar z huby jako lekarstwo na raka, żadna siła mu nie wytłumaczy, że powody wyzdrowienia mogą być całkiem inne. Kto modlił się do Jana Pawła II, ten jest pewien, że to właśnie ten święty go wyleczył. Takie osoby trzeba tylko odnaleźć, wyłowić z tłumu i postawić w świetle jupiterów, wołając: "cud!".
Rozpatrzyłem tu tylko raka, która to choroba odpowiada przecież jedynie za część zgonów. A mamy przecież mnóstwo innych chorób wywołujących śmierć lub kalectwo: zakażenia, paraliże, udary mózgu, choroby oczu, choroby serca, płuc, choroby psychiczne, urazy powypadkowe, zatrucia, reumatyzmy. Każda z tych chorób może czasem zakończyć się niespodziewanym wyzdrowieniem. Nawet założywszy, że takie wyzdrowienia zdarzają się bardzo rzadko, raz na tysiące przypadków, to i tak katolików jest tak wielu na świecie, że byłoby po prostu cudem, gdyby nie znalazło się kilka tuzinów spektakularnych ozdrowieńców, którzy mieli portret naszego papieża w domu, modlili się do niego, poczuli ciepło łaski bijące od figury Jana Pawła II, itd. itp. Powiem więcej: na pewno znaleźlibyśmy tyle samo wyleczonych, a może nawet więcej, pośród tych, którzy po zachorowaniu stracili  wiarę i złorzeczyli Kościołowi i Bogu za brak pomocy. Tylko że na takich ludzi Kościół nie prowadzi polowania, nikt się ich nie pyta o różne doznania, przeżycia mistyczne itp.
Cuda, powtarzam, są konieczne, one muszą się pojawiać. Ich gwarantem są prawa rachunku prawdopodobieństwa. Cuda - to nie cuda.

środa, 15 stycznia 2014

Komunista Jezus Chrystus (kontynuacja)

Wracam do pytania zadanego w poprzednim, zeszłorocznym (jak ten czas leci) odcinku. Czy Jezus Chrystus był komunistą? W sieci znalazłem kilkadziesiąt argumentów za tym, że - w rzeczy samej - był. Krytycznie się przyglądając owym argumentom muszę stwierdzić wielkie w nich materii pomieszanie.
    Oto niektórzy mówią na przykład, że skoro poglądy Jezusa były rewolucyjne, więc Jezus był rewolucjonistą, a więc był komunistą. U podstaw tego rozumowania leży osobliwa koleina skojarzeniowa "rewolucja" = "komunizm". W poprzednim odcinku pisałem: komuniści zamierzali w drodze rewolucji odebrać posiadaczom ich własność, aby oddać ją następnie w posiadanie całego ludu. Dlatego właśnie kojarzeni są w jakiś sposób z rewolucją. Ale powiedzieć, że poglądy czyjeś są "rewolucyjne" nie znaczy jeszcze, że ów ktoś zamierza odbierać posiadaczom ich własność. Znaczy to tylko to, że jego poglądy są nowe, odkrywcze, odbiegające od tradycyjnych, znamionujące jakiś przełom.  Jezus był rewolucjonistą w tym sensie, że głosił poglądy radykalnie odbiegające od ducha epoki, co jednak nie pozwala na kwalifikowanie go jako komunisty. Również poglądy Kopernika były rewolucyjne, jednak nikt nie kojarzy go z komunizmem.
        Może jednak sama treść poglądów Jezusa była w duchu swoim komunistyczna? Może takie wezwania moralne, jak: "kochaj bliźniego swego",  "kochaj swoich nieprzyjaciół", "nadstawiaj drugi policzek" - czynią jednak z Jezusa komunistę? Ja twierdzę, że nie. Myślę, że pod tymi postulatami mógłby podpisać się i zdeklarowany konserwatysta. Wprawdzie komuniści kładli nacisk na braterstwo ludzi, zerwanie z przemocą i agresją, ale nie znaczy to, że podobne hasła nie są możliwe do zaakceptowania przez zwolennika najbardziej liberalnej formy kapitalizmu wolnorynkowego. Nie zawierają one bowiem jakiejkolwiek sugestii, by ludzie żyli we wspólnocie, rezygnowali z własności prywatnej, kolektywnie zarządzali majątkiem narodowym itp. Kapitalista dba o bliźniego swego, bo daje mu pracę - i naprawdę ma całkiem rozsądne podstawy do przekonania, że taki stan rzeczy jest stanem właściwym i optymalnym.  Kapitalista, jak mało kto, szczerze nienawidzi agresji i przemocy (rewolucji zwłaszcza) pragnąc pokoju i braterstwa w stosunkach międzyludzkich.
         Zdumiewające jest też pomieszanie pojęć w innych wywodach. Jeden z autorów pisze, że Jezus wyganiając przekupniów ze świątynnego dziedzińca zademonstrował w ten sposób swoją głęboką odrazę do wolnorynkowego kapitalizmu!  No cóż, powiem tylko, że jeśli będziemy tak lekko i swobodnie interpretować ewangelie, to udowodnimy absolutnie wszystko, co nam się spodoba. A więc: przemiana wody w wino na weselu to jednoznaczne potępienie idei wesel bezalkoholowych, zachwalanie królestwa niebieskiego to oczywista afirmacja monarchizmu, hołd Trzech Króli to dowód prymatu władzy kościelnej nad władzą świecką - przecież to wszystko nie ma większego sensu.  
         Ale czytam dalej i oto mam kolejne kwiatki tej serii - Jezus mówił apostołom, żeby nie troszczyli się o jutro, bo sam Bóg zadba o nich - jest to rzekomo pochwała socjalizmu! Jezus ponoć żył we wspólnocie majątkowej ze swoimi uczniami (nie wiem, skąd to wiadomo), i to miało, zdaniem niektórych, czynić go komunistą. Czy rzeczywiście nie potrafimy sobie wyobrazić by Janusz Korwin-Mikke żył we wspólnocie majątkowej ze swoimi uczniami, nie przestając przy tym być największym w obecnej epoce geologicznej antykomunistą?
         Osobna grupa argumentów budowana jest na słowach Jezusa dotyczących bogaczy, biedaków i biedy. Jezus miał nienawidzić bogaczy, za to kochać biednych i błogosławić im. Chyba wszyscy autorzy, których czytałem, mówią o tym jako o najoczywistszym dowodzie jego komunistycznej postawy. Od razu na wstępie powiedzmy: komuniści rzeczywiście działali w interesie biednych, a przeciw bogaczom, rzeczywiście nie pałali sympatią do bogatych kapitalistów. Ale ich celem była przecież likwidacja biedy, a następnie uczynienie bogatymi wszystkich członków społeczeństwa. Czy mogli więc potępiać życie w luksusie? Ich niechęć odnosiła się nie do bogactwa jako takiego, lecz raczej do nierówności społecznej, do systemu niesprawiedliwie (zdaniem komunistów) rozdzielającego owoce pracy ludzkiej. A czy Jezus faktycznie nienawidził bogaczy? W opowieści z  Ewangelii św. Mateusza (Mt 19:16-24), która ma to właśnie dokumentować, młodzieniec pyta Jezusa, co ma czynić dla osiągnięcia pełnej doskonałości duchowej. Jezus odpowiada, że warunkiem tego jest rozdanie przez pytającego wszystkich swych majętności biedakom. Niestety, to zbyt wiele dla młodzieńca - jest bowiem bogaty - odchodzi zasmucony, a wtedy Jezus wypowiada sławną tę kwestię: "Łatwiej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogacz dostanie się do królestwa niebieskiego", zaraz zresztą dodając, że co nie jest możliwe u ludzi, jest możliwe u Boga. Przesłanie jest oczywiste: bogacze są ponad miarę przywiązani do dóbr materialnych, co znacznie utrudnia im osiągnięcie doskonałości duchowej. Jezusa nie oburza niesprawiedliwość społeczna, nie potępia bogactwa jako takiego, nie twierdzi, że jest coś nie w porządku z systemem, w którym są biedni i bogaci. Mówi jedynie o doskonałości jednostki wyrażającej się jej zdolnością do wyrzeczenia się swojej własności. Komunistom na pewno nie o to chodziło. Bogacze byli dla nich wprawdzie symbolem złego systemu społecznego, powinni ono wyrzec się swoich bogactw, ale nie po to, by osiągnąć doskonałość moralną.  Mieli uczynić to w imię wymogów zwykłej sprawiedliwości. Nowy system społeczny - przypomnijmy -  bogaczami zrobi kiedyś wszystkich ludzi, nie mogli więc komuniści potępiać bogactwa jako takiego. 
          Bardzo podobnie należy podejść do wypowiedzi Jezusa odnoszących się do biedy i biedaków. Jego słowa wyrażają na pewno współczucie dla ludzi kiepsko uposażonych i są jakimś dla nich wsparciem, ale zaprawdę powiadam wam -  nie jest to krytyka systemu. Nawet kiedy mówi, że do biedaków należeć będzie kiedyś cała ziemia, nie ma przecież na myśli zmiany stosunków społecznych tutaj i teraz. W tym miejscu dochodzimy do meritum, do najważniejszej sprawy, którą tak zręcznie i jasno ujął sam Jezus w rozmowie z Piłatem: "Królestwo moje nie jest z tego świata". Jezus traktuje rzeczy z punktu widzenia tego, co będzie potem, kiedy dla zmartwychwstałych szczęśliwców nastanie Królestwo Niebieskie, zatriumfuje dobro i nastanie prawdziwa sprawiedliwość. Wszystko inne jest chwilowe, przelotne, tymczasowe, a twoim zadaniem jest zdać egzamin - masz człowieku wykazać się doskonałością. Jesteś bogaty - ok, bądź bogaty, bylebyś z pieniędzy nie uczynił sobie bożka. Jesteś biedny - świetnie - twoje szanse rosną. Nadstawiłeś drugi policzek? pokochałeś nieprzyjaciela? - pięknie, dokładasz sobie sztukę złota do tego skarbu, który gromadzisz w niebie. Czy jednak biedni mają prawo przemocą zagarnąć własność innych? Czy należy wojować o sprawiedliwszy podział owoców pracy, o kolektywne zarządzanie dobrami, o zniesienie nierówności majątkowej?  Tego wszystkiego Jezus nie mówi. On po prostu nie jest komunistą.